Nie wiem, ile to trwało. Może kila minut albo... godzin. Otwieram oczy
i widzę stojącą nade mną postać kobiety. Cóż, wygląda jak kobieta,
jednak ma dziwne ubranie i fryzurę, a także spiczasto zakończone uszy.
Jej spojrzenie jest hipnotyzujące.
- Ktoś ty?! - wołam podnosząc się i sięgając po łuk. Nieznajoma szybciej niż ja podnosi go i podaje mi do rąk.
- Jestem Akara. Wywodzę się z plemienia Elfów. - oświadcza. - Jak zatem ty się zwiesz?
- Jestem Light. Light Blushberrie. Z plemienia Ludzi. - mówię. - Czego szukasz na naszych ziemiach? - pytam z przekąsem.
- Zapytałabym raczej, czego Ty szukasz na naszych ziemiach? - odpowiada pytaniem na pytanie.
- Nie jestem przecież na terenach Elfów.
- Owszem jesteś. Jesteś na terenie stolicy państwa.
- Nie, to niemożliwe - zaprzeczam kiwając głową. - Przecież nie przekraczałam granicy. Naprawdę nie!
- To dziwne... Pan wysłał mnie na zwiady, bo jeden z jego ptaków
zauważył, jak leżysz nieprzytomna. Władca dał mi rozkaz, bym sprawdziła
czy nic ci nie dolega. - oświadcza.
- Czy naprawdę jest aż tak ze mną źle? - pytam ironicznie.
- Nie, wszystko w porządku. Witam w Avendell!
- Czekaj, dokąd idziesz? - pytam, chwytając łuk i podbiegając do niej.
- Do zamku, - odkrzykuje - idź za mną! - mówi. Mam zamiar wykonać jej
polecenie. Szybkim krokiem ruszam przed siebie, nie spuszczając jej z
oka ani na chwilę. Biegniemy najpierw przez długą łąkę. W oddali
dostrzegam zwierzynę, a także nieznane mi gatunki flory. Akara nagle
zatrzymuje się gwałtownie, a ja, jeszcze szczerze rozmarzona, nie
zauważając tego wpadam prosto na nią.
- Przepraszam, - mówię, podnosząc się i strzepując liście i małe gałązki przyczepione do mojej bluzy - nie chciałam.
- Shh - ucisza mnie, przykładając palec do ust. Bezdźwięcznie pokazuje
palcem dno skarpy, na której granicy stoimy. Podchodzę bliżej, po czym
szybko się cofam. Ogarnia mnie przerażenie. Na dnie, leży znane mi
stworzenie. Wilk. Sięgam po strzałę, ale Akara natychmiast, daje mi
znak, żebym ją schowała. Wpatruję się uważnie w śpiące, nieświadome
niczego zwierzę. Mam wprawne oko, więc szybko dostrzegam
charakterystyczną sierść. Jest długa i lśniąca w świetle dnia. To
Zmieszaniec, wilk, który nie pochodzi z naszych terenów. Nasze bestie są
znacznie mniejsze, nie mają długiej sierści, ani tak wielu blizn.
Najczęściej oswaja się je, żeby służyły królowi jako pupile, a większe
jednostki szkoli się do służby w wojsku. Wpatrujemy się z Akarą w wilka
już dobrą chwilę, kiedy zaczynam się powoli cofać. Uważam na każdy ruch,
żeby nie obudzić stwora. Nagle pod nogami dostrzegam ogromną tarantulę.
Odskakuję w bok, i zaczynam krzyczeć. Wrzeszczę na całe gardło, kiedy
bestia otwiera oczy.
Szybko się uspokajam, ale nie dostrzegam mojej towarzyszki. Wpatruję się w zmieszańca, który zaczyna się powoli i mozolnie podnosić. Wstał. Patrzymy sobie głęboko w oczy, ja sparaliżowana strachem, on - w każdej chwili gotowy do ataku. Ma piękne, majestatyczne złote oczy. Mam wrażenie, że widzi moją duszę. Nagle czuję, że rękawiczka zupełnie mi się zsunęła. Odwracam wzrok dosłownie na ułamek sekundy, kiedy słyszę, jak zmieszaniec zaczyna wyć, i wdrapywać się po mnie. Cienka rękawiczka upada na ziemię. Jestem tak przerażona, że nie jestem w stanie się ruszyć. Kiedy zwierzę jest około metra przede mną, chcąc się zasłonić, wyciągam w przód prawą dłoń, zaciskam zęby i mrużę oczy. Nagle słyszę, że zmiech się zatrzymał. Otwieram oczy. Dopiero teraz wyraźnie widzę, co robi. Zmieszaniec z podkulonym ogonem, płaszczy się przed moją ręką. Skulił się w kłębek, jakby stanął przed znacznie silniejszym przeciwnikiem i poniósł klęskę. Z niedowierzaniem zaczynam przyglądać się wilkowi, po czym odwracam dłoń w moim kierunku i cały strach mija. Dostrzegam tajemnicze znamię.
Szybko się uspokajam, ale nie dostrzegam mojej towarzyszki. Wpatruję się w zmieszańca, który zaczyna się powoli i mozolnie podnosić. Wstał. Patrzymy sobie głęboko w oczy, ja sparaliżowana strachem, on - w każdej chwili gotowy do ataku. Ma piękne, majestatyczne złote oczy. Mam wrażenie, że widzi moją duszę. Nagle czuję, że rękawiczka zupełnie mi się zsunęła. Odwracam wzrok dosłownie na ułamek sekundy, kiedy słyszę, jak zmieszaniec zaczyna wyć, i wdrapywać się po mnie. Cienka rękawiczka upada na ziemię. Jestem tak przerażona, że nie jestem w stanie się ruszyć. Kiedy zwierzę jest około metra przede mną, chcąc się zasłonić, wyciągam w przód prawą dłoń, zaciskam zęby i mrużę oczy. Nagle słyszę, że zmiech się zatrzymał. Otwieram oczy. Dopiero teraz wyraźnie widzę, co robi. Zmieszaniec z podkulonym ogonem, płaszczy się przed moją ręką. Skulił się w kłębek, jakby stanął przed znacznie silniejszym przeciwnikiem i poniósł klęskę. Z niedowierzaniem zaczynam przyglądać się wilkowi, po czym odwracam dłoń w moim kierunku i cały strach mija. Dostrzegam tajemnicze znamię.
Wpatruję się w moją dłoń. Co to jest? Skąd się wzięło? Czy widziałam
to wcześniej, ale nie zwróciłam uwagi na tak mały szczegół? Co chwila
patrzę to na zmieszańca, to na moje znamię. Przypomina trzy strzały
wbite w ziemię. Nie są oczywiście idealnie wyraźne, ale mniej więcej tak
to wygląda. Po chwili strach przerodził się w niepokój o Akarę.
Zaczynam ją nawoływać, ale wszystko na nic. Nigdzie jej nie widzę.
Ciągle jeszcze popatruję na zmiecha, bo boję się zostawić go bez
nadzoru. Po chwili słyszę dziwny szmer, dobiegający zza pobliskich
krzewów. Podchodzę do nich, i dostrzegam Akarę, skuloną w kłębek i
trzymającą kciuk w ustach.
- Tak się o ciebie bałam! Och, Light, co za szczęście, że miałaś te
strzały i łuk. - mówi, bliska łez. Zaczynam gładzić ją po włosach, i
uspokajam.
- Ja go nie zabiłam. - oświadczam. Widzę jak Akarą znów wstrząsa strach.
- Jest tam - mówię, i pokazuję palcem siedzącego zmiecha. Wracam
wzrokiem do Akary i staram się ją uspokoić, kiedy widzę, że ta nerwowo
mnie odpycha i wytrzeszczając oczy wskazuje coś palcem. Pośpiesznie się
odwracam i widzę zmiecha tuż za mną. Stoi na tylnych łapach i rzuca się
na mnie. Ma ogromne kły. Zaraz jednak pokazuję mu dłoń, i ten znów
zaczyna się kulić.
Akara nie może uwierzyć w to, co zobaczyła. Ja właściwie też nie.
Wyciągam ku wilkowi dłoń, a ten powoli zaczyna się do niej zbliżać,
obwąchuje ją, a kiedy nie czuje się zagrożony, przysuwa do niej pysk.
Czuję jego sierść, nieco drapiącą mnie w rękę, a także na skórze
wyczuwam głębokie, ale zagojone blizny. Odwracam głowę ku mojej
towarzyszce i chwytam jej dłoń. Nieco ją unoszę, żeby też dotknęła
bestii.
- Łagodny jak baranek - śmieję się. - Jak myślisz, co to za znamię? -
pytam. Ta chwyta moją rękę i ogląda znamię. Po chwili otwiera oczy
szerzej i odskakuje w bok, po czym zaczyna mi się pośpiesznie kłaniać.
- Błagam, nie zabijaj mnie! - prosi błagalnym głosem. Przestaję głaskać
zmiecha, podchodzę do Akary i każę jej natychmiast wstawać i się nie
wygłupiać.
- Co ty wyprawiasz? - pytam.
- Ale przecież... twoje znamię...
- Co? Co moje znamię? - dopytuję się nerwowo.
- Walkiria... - słyszę w odpowiedzi.
- Masz rację, ich ród rzeczywiście rozpadł się z przyczyny licznych w
tym okresie wojen i kataklizmów - oświadcza. - Mimo to jednak istnieje
pewna legenda, która głosi: "Ostatnia Walkiria - ta Ziemię ocali!
Zmiecha dosiada i bestie oswaja. Ta wszystkie narody ocali" - mówi. -
Czy teraz rozumiesz? - pyta pełna nadziei. Zaczynam się namyślać.
Walkiria? Cóż, babka opowiadała mi, o nich. To pomniejsze boginie, córki
Odyna, zwykle przedstawiane jako piękne dziewice-wojowniczki
ujeżdżające olbrzymie wilki. Czy oto właściwie mogłoby chodzić? Raczej
jest to mało prawdopodobne, chociaż... Co do zmiecha, to przepowiednia
naprawdę budzi grozę. Tylko mi jednej w historii całego państwa udało
się oswoić i dotknąć zmiecha. Mimo to jednak legenda mówi, że "... ta,
która zmiecha dosiada", więc to nie mogę być ja. Jest to osoba, która na
nich jeździ, a nie tylko dotyka. Zaczyna boleć mnie głowa, od tego
nadmiernego myślenia. Mam tylko jeden pomysł, jak sprawdzić, czy osoba z
legendy, to ja. Muszę spróbować dosiąść wilka.
Podchodzę bliżej zmieszańca, ciągle pokazując mu dłoń. Podchodzę do jego boku, zaczynam delikatnie głaskać mu sierść. Zaczynam do niego cicho mówić, żeby go uspokoić. Ten się temu całkowicie poddaje, słyszę spokojne bicie jego serca, za plecami czuję, że Akara mnie obserwuje. W końcu nabieram odwagi. Chwytam się mocniej sierści zmiecha, po czym szybkim ruchem na niego wskakuję. Siedzę jak na koniu, tyle, że jest mi znacznie wygodniej. Nagle słyszę przed sobą, jakiś szmer w krzakach.
- Akara, to ty? - pytam i słyszę natychmiastową odpowiedź, tyle że nie w krzakach, a za zadem wilka. - Akara, szybko! Biegnij się schować! - wrzeszczę na nią.
- Co się dzieje? - pyta przerażona, chowając się za krzewami.
-
Mamy towarzystwo. - mruczę ponuro. Odwracam się w kierunku
bezpośredniego zagrożenia i nakładam strzałę na cięciwę łuku, po czym
mocno ją naciągam. Zbierają się chmury, piękny, słoneczny dzień zaczyna
przeradzać się w wietrzny, upiorny wieczór. Nagle zza krzewów wychodzi
jaguar, piękny i majestatyczny, o kruczo czarnej sierści. Ściskam mojego
wierzchowca łydkami, a ten momentalnie rusza z miejsca. Biegnie bardzo
szybko, omijając drzewa. Jaguar momentalnie rusza za nami w pościg.
Wystrzelam jedną strzałę, następnie drugą. Obie mijają bestię o parę
centymetrów. W końcu zmęczony zmiech nieco zwalnia, a bestia jest tak
blisko, że bez problemów celuję strzałę w jego pysk, kiedy przypominam
sobie, o moim znamieniu. Pośpiesznie chowam strzałę, i wyciągam dłoń,
zamykając oczy. Zmiech zatrzymuje się, a ja pozbawiona równowagi upadam
na ziemię, prosto pod przednie łapy wygłodniałego jaguara.
Podchodzę bliżej zmieszańca, ciągle pokazując mu dłoń. Podchodzę do jego boku, zaczynam delikatnie głaskać mu sierść. Zaczynam do niego cicho mówić, żeby go uspokoić. Ten się temu całkowicie poddaje, słyszę spokojne bicie jego serca, za plecami czuję, że Akara mnie obserwuje. W końcu nabieram odwagi. Chwytam się mocniej sierści zmiecha, po czym szybkim ruchem na niego wskakuję. Siedzę jak na koniu, tyle, że jest mi znacznie wygodniej. Nagle słyszę przed sobą, jakiś szmer w krzakach.
- Akara, to ty? - pytam i słyszę natychmiastową odpowiedź, tyle że nie w krzakach, a za zadem wilka. - Akara, szybko! Biegnij się schować! - wrzeszczę na nią.
- Co się dzieje? - pyta przerażona, chowając się za krzewami.
Leżę przerażona. Nad sobą widzę ociekające śliną szczęki zwierzęcia.
Cała obolała próbuję sięgnąć po kołczan ze strzałami leżący około metra
dalej, ale zwierze w tym właśnie momencie kładzie potężną łapę na mojej
klatce piersiowej. Jestem unieruchomiona. Odruchowo wyciągam dłonie w
przód, chcąc ochronić się przed ciosem. Nagle czuję, że jaguar puszcza
mnie z uścisku. Mogę wstać. Szybko podbiegam do kołczanu ze strzałami,
naciągam jedną z nich i celuję prosto w czaszkę bestii. Zauważam, że ten
nagle zaczyna do mnie podchodzić, ja nie strzelam. Kiedy jego głowa
jest zaledwie kilka centymetrów od mojej strzały, ten przysuwa się do
niej tak, że broń dotyka jego czoła. To może oznaczać tylko jedno;
bestia mi uległa.
Pośpiesznie podnoszę się z ziemi nie spuszczając strzały z głowy
bestii. Zwierzę cały czas ma zamknięte oczy. Kiedy powoli zaczyna je
otwierać, zauważam, że są zupełnie czarne. Zwierzę patrzy we mnie ślepo,
kiedy ostrożnie odsuwam broń. Kiedy dostrzegam, że jest już spokojny,
powoli i wolnym ruchem zrywam zwisającą swobodnie lianę, po czym
zaplatam uwiąz. Zarzucam linę na szyję jaguara, po czym prowadzę go jak
psa na smyczy do oswojonego zmiecha. Dosiadam go, po czym szybkim
truchtem wracam po Akarę. Kiedy biegniemy, zauważam na pobliskiej łące
kilka królików. Zamierzam upolować jednego.
Zatrzymuję zmieszańca, który też wyczuł zapach świeżego mięsa. Zeskakuję z wilka, po czym naciągam jedną ze strzał i posyłam w kierunku zwierzyny. Ponieważ mam już wprawę w strzelaniu, jedną strzałą łapię aż dwa egzemplarze. Daję oswojonym bestią znak, żeby zostały na miejscu, bo nie chcę szczuć ich zapachem pożywienia. Szybko zakradam się po mój łup, po czym wyjmuję strzałę z przebitych brzuszków i wracam do bestii. Staję jak wryta. Widzę zmiecha, który dosłownie rozszarpuje ciało jaguara. Szybko wyciągam ku niemu znamię. Dopiero po chwili pokornieje i zostawia strzępy mięsa, niechętnie rzucając mi je pod nogi, po czym kładzie się i pokornie kładzie po sobie uszy. Pochylam się nad ciałem zwierzęcia, kopnięciem buta oceniam stan zwłok. Wiem, że nie będzie z nich pożytku, więc tylko wyjmuję zza pasa nóż i obdzieram czarną skórę. Kto wie, ile będziemy musiały krążyć po lesie. Kiedy kończę, pozwalam wilkowi się pożywić. Nie mija pięć minut, kiedy bestia kończy posiłek. Już mam go dosiąść, kiedy doznaję olśnienia. Wpatruję się w jego piękne i majestatyczne, złote ślepia.
- Jaskier... - szepczę cichutko.
Zatrzymuję zmieszańca, który też wyczuł zapach świeżego mięsa. Zeskakuję z wilka, po czym naciągam jedną ze strzał i posyłam w kierunku zwierzyny. Ponieważ mam już wprawę w strzelaniu, jedną strzałą łapię aż dwa egzemplarze. Daję oswojonym bestią znak, żeby zostały na miejscu, bo nie chcę szczuć ich zapachem pożywienia. Szybko zakradam się po mój łup, po czym wyjmuję strzałę z przebitych brzuszków i wracam do bestii. Staję jak wryta. Widzę zmiecha, który dosłownie rozszarpuje ciało jaguara. Szybko wyciągam ku niemu znamię. Dopiero po chwili pokornieje i zostawia strzępy mięsa, niechętnie rzucając mi je pod nogi, po czym kładzie się i pokornie kładzie po sobie uszy. Pochylam się nad ciałem zwierzęcia, kopnięciem buta oceniam stan zwłok. Wiem, że nie będzie z nich pożytku, więc tylko wyjmuję zza pasa nóż i obdzieram czarną skórę. Kto wie, ile będziemy musiały krążyć po lesie. Kiedy kończę, pozwalam wilkowi się pożywić. Nie mija pięć minut, kiedy bestia kończy posiłek. Już mam go dosiąść, kiedy doznaję olśnienia. Wpatruję się w jego piękne i majestatyczne, złote ślepia.
- Jaskier... - szepczę cichutko.
Patrzę w jego oczy jeszcze chwilę, po czym dosiadam go i mocno ściskam w
łydkach. Jaskier przyśpiesza kroku, a po chwili już biegnie. Mocno
trzymam się jego futra, gdy wbiega w leśną gęstwinę krzewów. Mimo
pokaźnych rozmiarów wilka, przedziera się przez drapiące rośliny w
ślimaczym tępię. Mocno trzymam się wilka, kiedy ten zaczyna się miotać.
Ogarnia mnie przerażenie. Przecież siedzę na zmiechu, pozornie tylko
oswojonym. A co, jeśli zwierzę zapomni o mnie, i o tym, że jestem
Walkirią? Przecież zna swoją siłę doskonale, i wie, że jednym uderzeniem
łapy może mnie zabić. Mimo to jednak szybko wyrównuję oddech, po czym
powoli i dyskretnie sięgam po strzałę. Ta przypomina mi o znamieniu.
Kiedy wreszcie udaje się nam wybrnąć z labiryntu, znajdujemy się na
dnie skarpy. Nie muszę pokazywać Jaskrowi, co ma robić. Kiedy tylko
stajemy na dnie, wilk zaczyna się wdrapywać. Na szczęście nie jest
bardzo stromo, a Jaskier ma długie pazury, więc nie zsuwamy się
bezpośrednio po zboczu. Mimo to jednak muszę mocno się go trzymać, żeby
przypadkiem nie stracić równowagi.
Nie zdążyłam jeszcze dobrze jej wyjąć, bo od razu wślizguję ją z powrotem do kołczanu.
- Jaskier, pamiętasz? - pytam ironicznie przysuwając mu dłoń obok
ślepia. Teraz jestem pewna, że pamięta. Właściwie, to okazało się, że
jest mi uległy, a miotał się, bo najwyraźniej coś zauważył. Zaczynam mu
naprawdę ufać.
Kiedy docieramy nareszcie do celu, zaczynam szukać wzrokiem Akary. Kiedy jednak nie mogę jej
dostrzec, zeskakuję z wilka, po czym ostrożnie zbliżam się do krzewów,
gdzie się schowała. Chwytam ręką jedną z gałązek i energicznym ruchem
odrzucam je na bok. Nie ma jej. Po chwili jednak na kamieniu nieopodal
dostrzegam ślady świeżej krwi.
Czuję się odpowiedzialna za Akarę. W końcu, ona powierzyła mi swoje
życie w momencie, kiedy dosiadłam Jaskra. Nie chcę nawet myśleć, co
mogło ją spotkać... Biorę się w garść. Podchodzę do zmiecha, i mocno go
do siebie przytulam. Boję się, że znowu stracę przytomność, więc nie
puszczam zwierzęcia. Kiedy wreszcie się uspokajam, dosiadam wilka i
cicho szepczę.
- Ruszamy na łowy. Ktokolwiek to był, zadarł nie z tą Walkirią..! -
mówię mu do ucha, po czym ściskam łydkami jego klatkę piersiową. Ruszamy
do pałacu Avendell.
- Zostaw go! - wrzeszczę, ale ten nie zamierza puścić zdobyczy tak
łatwo. Naciągam strzałę i posyłam ją ku wilkowi. Tak, jak zamierzyłam -
mija go o kilka milimetrów i tylko zdrapuje nieco sierść. Przestraszone
zwierzę zostawia mężczyznę, po czym z niechęcią wraca do mnie. Dosiadam
go, po czym powoli i dumnym krokiem kroczę do dwóch postaci. Jaskier
ciągle jeszcze niepocieszony warczy groźnie na poharataną postać
mężczyzny. Kiedy jestem już pomiędzy Akarą a jej oprawcą, zsiadam z
wilka, i daję głową znak, żeby podszedł do mężczyzny i go pilnował.
Sama zaś podchodzę do Akary, wyjmuję zza pasa skórę jaguara i okrywam
nią dziewczynę. Patrzę się jej chwilkę w oczy, kiedy słyszę za plecami
potworny grzmot, a po ułamku sekundy bolesne wycie Jaskra.
- Nie bądź głupia... - mówi ironicznie. Jaskier zaczyna warczeć. Skoro
jeden wystrzał z tej broni może poważnie zranić dorosłego zmiecha, to
strach pomyśleć, co robi z ludźmi. Cofam się niepewnie. Nagle Jaskier
ostatkami sił zaczyna boleśnie wyć, domyślam się, w jakich męczarniach
się teraz wije. Nabieram odwagi, w ułamku sekundy zmieniam mój cel - z
czaszki, na dłoń mężczyzny, w której trzyma swoją broń. W ułamku sekundy
wypuszczam strzałę, która dosłownie odcina przedramię mężczyzny.
Rozlega się przeraźliwy wrzask, mężczyzna klęka i zaczyna wić się,
niczym nowo narodzona poczwarka. Kompletnie nie wzrusza mnie jego widok,
ale ludzkie życie jest dla mnie ważne. Podbiegam do niego, zrywam
kawałek jego płaszcza i robię opatrunek. Opieram mężczyznę od drzewo i
zdejmuję kapelusz zasłaniający mu twarz. Dopiero teraz dostrzegam, że
nie jest to mężczyzna, lecz chłopak, pewnie nie wiele starszy ode mnie,
za to znacznie bardziej umięśniony.
Podbiegam do wilka. Jest w stanie krytycznym. Teraz już wiem, że jest
za późno. Łzy ciekną mi do oczu, a ja ich nie powstrzymuję. Pochylam się
nad nim, czule całuję w nos i gładzę sierść. Kładę jego głowę na moje
kolana i uspokajam. Cicho do niego szepczę, a nawet udaje mi się
cichutko zanucić. Widzę, że z jego ślepi również płyną łzy, on płacze ze
mną.
Czuję, że moje szczere łzy kapią na Jaskra. Jedna, druga. Nagle na
chwilę się
uspokajam, wpatruję się w sierść zmiecha. Widzę, jak jedna z moich łez
spada na sierść, a ta na ułamek sekundy zaczyna świecić. Kiedy tak leżę i
z niedowierzaniem wpatruję się w zwierzę, coś zaczyna się dziać. Zbiera
się nagły wiatr, ptactwo zaczyna nad nami krążyć. Wpatruję się w to
zjawisko, kiedy Jaskier zaczyna świecić. Rzucam się na niego, mocno
trzymam przy sobie, kiedy czuję, że ktoś mnie od tyłu łapie.
- Zostaw mnie! Słyszysz, puszczaj! - wrzeszczę na całe gardło, aż zaczyna mnie boleć.
- Light, pozwól mu odejść. Tak trzeba... - uspokaja mnie ktoś za
plecami, jednak ja nie mam zamiaru go słuchać. Wyrywam się z całych sił,
gryzę i drapię dłoń mojego oprawcy, po czym wybucham płaczem.
Lamentuję, nawołując Jaskra. Wilk zamienił się teraz w jedna wielką kulę
światłości, która owija jego ciało i unosi się w górę. Nagle, całe
niebo zaczyna ciemnieć, słońce chowa się daleko za horyzontem, a księżyc
nie wschodzi. Mimo, że powinny nastać Egipskie Ciemności, jest
niewiarygodnie jasno. Ciało zmiecha unosi się kilka metrów nad ziemią,
kiedy w oślepiającym blasku dostrzegam moje znamię. Rozlśniewa
wszystkimi odcieniami złota, rozciągając się na cały horyzont.
Blask schodzi na ziemię, po czym powoli zanika zostawiając ciało
wilka, ale nie Jaskra. Jest ono diametralnie zmienione. Zamiast
granatowej, szorstkiej sierści jest biała, długa i puszysta. To nie jest
Jaskier. Wilk leży, ma zamknięte oczy. Po krótkiej chwili, powoli
zaczyna podnosić się z ziemi. Dalej jest niewiarygodnie ogromny,
rozmiarem przypomina Jaskra. Ma majestatyczny, długi ogon. Nagle otwiera
oczy. Nie mogę w to uwierzyć... To jest Jaskier!
Teraz mam pewność, to jego oczy! Zaczynam wyrywać się znacznie
mocniej, a kiedy nie wytrzymuję, zaciskam dłoń w pięść, po czym z całą
siłą posyłam uderzenie w brzuch mojego oprawcy. Uścisk słabnie, a ja korzystając z
okazji rzucam się do mojego wilka. Dopadam go wreszcie, przytulam,
gładzę i płaczę jednocześnie. Na zadzie zauważam nieco obdartą sierść...
To strzała posłana ku niemu, żeby go odstraszyć od zielonowłosego
chłopaka. Wtulam się mocno w jego sierść, po czym odwracam wzrok ku
Akarze i zielonowłosemu. Jestem tak wzruszona, że nie mogę pohamować łez
cisnących mi się do oczu. Nagle cała radość znika. Widzę wijącego się w
męczarniach chłopaka, który najwyraźniej próbował mnie powstrzymać.
Czuję się winna za to, co się stało. Nie dość, że odcięłam mu całe
przedramię, to jeszcze teraz mogłam tym mocnym uderzeniem spowodować
krwotok. Szybko dobiegam do chłopaka, pochylam się nad nim, i gorliwie
go przepraszam, kiedy moja łza skapuje na odciętą rękę. Zaczyna dziać
się coś niezwykłego. Podobnie jak z wilkiem, tyle że mniej
"świetliście". Ręka chłopaka dosłownie zaczyna odrastać. Po niecałej
minucie, wygląda tak, jakby nie było żadnej rany. Chwytam jego dłoń i
zaczynam się jej uważnie przyglądać, kiedy moją uwagę zwraca dziwaczna
plama... To moje znamię...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz