wtorek, 10 lutego 2015
Opowieść Martyyyny
Spacerowałem spokojnie po padoku. Dzień jak co dzień. Nic
nadzwyczajnego się nie działo. Nagle gdzieś zza stodoły ujrzałem piękny,
jędrny zad klaczy. Sierść na nim idealnie lśniła w świetle słońca.
Zapatrzony ledwo ruszyłem kopyta z ziemi ciągle wpatrując się w zad pięknego konia, bo czułem jakby były w niej zakorzenione.
Zanim pokonałem te 20 metrów zdążyłem potknąć się o dziesiątki
przedmiotów. Wpadłem nawet w ogromny zielony słup. Gdy byłem już
dosłownie koło klaczy całe ciało zaczęło mi drżeć. Kolana miałem jak z
waty. Uginały się pode mną z wielką łatwością. Wskoczyłem na klacz chcąc
odbyć stosunek. Wprowadziłem mojego członka wprost w jej narządy
rozrodcze. Tylko było jakoś ciężko dojść dalej. Zaprzestałem i
sprawdziłem co może być nie tak. Okazało się, że to w ogóle nie była
klacz! Spod brzucha zwisał ogromy członek. Koń obrócił się. Rzucił się, a ja bez najmniejszego rozmyślania popędziłem do mojego boksu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)