niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 2, strona 15

  Marszczę brwi i odsuwam jego rękę, dając Violinowi do zrozumienia, że nie chcę, żeby mnie dotykał. Mężczyzna chyba jednak nie do końca zrozumiał co chcę przez to powiedzieć, bo tylko bliżej się do mnie przysunął i objął mnie w biodrze. Nieco rozdrażniona, energicznym ruchem zrzucam z siebie jego rękę, a ten, zdaje się nie reagować, bo po raz kolejny się do mnie przymierza.
- Hej, przestań! - mówię rozdrażniona - Przecież się nawet dobrze nie znamy! - fukam. Chłopak zdaje się chwilę namyślać, po czym daje krótką odpowiedź.
- Cóż, z całą stanowczością nie znamy się zbyt dobrze jak to ujęłaś. Przecież nawet nie podałaś mi swojego imienia - oświadcza. Peszę się, jetem cała czerwona, co za wstyd! Violin ma rację, przecież nie podałam mu nawet swojego imienia... Dziwne, jakoś dotąd mi się to nie zdarzyło. Wracam myślami do chwili, kiedy rozmawialiśmy i przywołuję do siebie każde nasze słowo. Po dogłębnej analizie zauważam jedną nieprawidłowość.
- Zaraz, przecież powiedziałam ci jak się nazywam. Jestem tego pewna, mówiłam ci! - unoszę się, układając w głowie każdy szczegół. O nie... To się stało wtedy, gdy spałam... To nie Violin! Zaraz, jeśli to nie Violin, to... kto?!  Rozmyślam gorączkowo, starając się nie dać po sobie nic poznać. - A mógłbyś mi przypomnieć, jak ty masz na imię? - pytam nachalnie, kiedy nie spuszczając wzroku z chłopaka, podnoszę z dna ostro zakończoną muszlę w celu obrony. Chłopak sprawia wrażenie, jakby się zastanawiał, a po chwili udziela odpowiedzi.
- Jak już powiedziałem, jestem... - tu jakby się wahał - ...Adrian! Och, oczywiście, że Adrian. Czy coś nie tak? - pyta, wymownie podnosząc brew. Nagle w jego oku zauważam przebłysk, jakąś niezrozumiałą iskrę. Bez zastanowienia rzucam się na chłopaka poważnie raniąc mu gardło. Nagle dzieje się coś niewyobrażalnego - domniemany Violin, dosłownie zdziera z siebie skórę, spod której wypełza wąż. Zbliża się do mnie, wyginając ciało niczym bambus. W przerażeniu porzucam muszlę i płynę co sił w płetwie. Ze zmęczenia zaczyna brakować mi oddechu, jestem wykończona, a wąż dalej mnie śledzi. Kiedy już nie daję rady płynąć dalej, zatrzymuję się naprzeciw węża, dumnie unosząc głowę.
- Czy nie wiesz może co się stało z twoim przyjacielem? - pyta, tym samym zawracając ogon do siebie, ogon, w którego śmiertelnym uścisku tkwi prawdziwy Violin. Chłopak jest nieprzytomny, cały poraniony, z płetwą głęboko zranioną w pasie. Do oczu napływają mi łzy. Na widok cierpiącego Violina przypomina mi się Jaskier i... Moje znamię! W mgnieniu oka wystawiam w przód prawą dłoń z groźnym wyrazem twarzy. Przerażony wąż otwiera szeroko oczy, po czym ślepo gapi się w moją rękę. Natychmiast puszcza on chłopaka z uścisku, a ten powoli spływa na dno. Podpływam do Violina, który tonie we własnej krwi, pochylając się nad nim czule przysuwam twarz do jego policzka, po czym skraplam je moimi łzami.

Rozdział 2, strona 14

  Próbuję się wyrywać, zaczynam drapać paznokciami mocne przedramię mojego oprawcy, a kiedy i to zdaje się na nic, macham moją płetwą z całych sił, stawiając opór wody, przez co wyraźnie zwalniamy. Kiedy podnoszę dłonie mocno wciskając je w twarz mężczyzny, zauważam, że jestem naga. Nie mam stanika, przez co jeszcze mocniej próbuję się wyswobodzić. Kiedy żadna z moich metod nie skutkuje zaczynam błagać go o litość, żeby mnie wypuścił, po czym wybucham płaczem, zasłaniając górne partie ciała. Kiedy przerażona i zrezygnowana, nie mam już siły walczyć, czuję, że uścisk słabnie. Już mam się wyrwać, kiedy mocne ramię rzuca mnie na miękkie rośliny i przytrzymuje mi głowę, wciskając ją między muszle i koralowce. 
http://fc07.deviantart.net/fs70/i/2010/296/2/8/sleeping_mermaid_by_nig3l-d2i3mwp.jpg- Kim jesteś? Proszę, nie rób mi krzywdy - lamentuję, ciągle wtulona w dno. - Zrobię co zechcesz, tylko mnie nie krzywdź... - mówię, wyraźnie przestraszona. Długi czas mija, zanim słyszę odpowiedź.
- Jestem Violin, - oznajmia, nieco osłabiając uścisk - książę Toni Wodnej. Kim ty jesteś i co robisz na naszych ziemiach? - pyta groźnie. Przestraszona, i otumaniona wyznaję prawdę. Opowiadam mu całą moją historię, co stanie się z lasem i co czeka Ludzi. On słucha mnie uważnie, a kiedy kończę swoją opowieść zupełnie mnie wyswobadza. - Więc to tak... - mówi w zadumie - Spokojnie, nie skrzywdzę cię. Wybacz mi proszę moje zachowanie, ale to tylko środki ostrożności. Nasz świat nie jest specjalnie popularny, a my nie chcemy zbytniego rozgłosu. Zwłaszcza, że jak możesz się domyślić, nie często miewamy gości - oświadcza spokojnie, podając mi dłoń, by pomóc mi się podnieść. Kiedy już siedzę oparta o rafę, zginam płetwę i zasłaniam nią moje piersi, o których zupełnie zapomniałam. - Spokojnie, nie jestem taki - oświadcza ze śmiechem, kiedy się zakrywam. Na widok jego szczerego uśmiechu także moje kąciki ust nieco się podnoszą. Kiedy zaczynamy szczerą rozmowę, wspólnie śmiejemy się i żartujemy, zupełnie tracę rachubę czasu. Kiedy oznajmiam, że jestem już nieco zmęczona, Violin pokazuje mi przytulne miejsce na gąbczastym kawałku rafy, na którym kładzie się obok mnie, również starając się odpocząć. Mimo, że mężczyzna myśli, że już zasnęłam, w cale tak nie jest. Ja tylko leżę i patrzę na białe, iskrzące się kropki, które mimo, że są tak daleko, przenikają przez taflę wody. Nagle czuję na sobie czyjś dotyk. Przestraszona i wyrwana z błogiej zadumy, energicznym ruchem odwracam się na drugi bok. Zauważam tylko Violina, który patrzy się na mnie swym czułym wzrokiem i zmysłowo gładzi po brzuchu.

Rozdział 2, strona 13

  Jak to możliwe? Przecież las, to jedyne miejsce w Systemie, gdzie ciągle rosną rośliny. W żadnym z mocarstw nie ma już nawet źdźbła trawy. Cóż - nigdzie, oprócz mojego miasta. Tam, przestępczość ogranicza się do zrywania roślin przesiąkniętych chlorofilem. 
http://fc06.deviantart.net/fs71/i/2010/091/c/3/Mass_Effect_2_Galaxy_by_BlackSheep64.png  Ciągle jeszcze staram się zrozumieć słowa, które wypowiedział Wilk. W mojej głowie zaczynają migrować myśli, jedna po drugiej. Nagle czuję, jak te dosłownie rozszarpują mi głowę. Tracę przytomność - a przynajmniej tak mi się zdaje. Padam na ziemię pod łapy Ducha, ale ciągle jestem świadoma. Jak przez mgłę widzę zbliżającą się Akarę, która w przerażeniu zostawia za sobą skórę z jaguara i w obdartej bieliźnie kuśtyka w moją stronę. Kiedy jest już przy mnie, zdaje się - odchodzić przez tunel, idzie tyłem wystawiając mi dłoń, jakby chciała pociągnąć mnie za sobą. Wstaję, trochę jeszcze otumaniona, i przytrzymując ramię jak po doznaniu obrażeń ruszam w jej stronę. Wtedy światłość zupełnie zanika, widzę nieskończoną ciemność, okrytą płaszczem milionów białych, iskrzących się kropek. Dostrzegam w oddali piękne niebo przesiąknięte gamą barw, od krwistej czerwieni przeobrażającej się w pomarańcz i żółć - po wszystkie odcienie granatu. Jestem w kosmosie. 
  Nie wiem jak się tu znalazłam, wiem, że szłam za Akarą, przecież jej ufam. Teraz znajduje się w nieskończonej toni ciał niebieskich. W oddali dostrzegam Słońce, i kilka większych, kolorowych piłek, swobodnie obracającymi się wokół własnej osi. Nagle, ta dziwna siła, która zmuszała mnie do lotu zupełnie zanika, a ja spadam w wielką przepaść, z której nie ma powrotu. Lecę, coraz niżej i niżej, czuję, jak z moich gęstych, kasztanowych włosów zsunęła się gumka, a te rozpływają się na wszystkie strony. Wtem dostrzegam, że zbliżam się na dziwaczną piłkę, całą w lazurowym odcieniu fal wody. Zamykam oczy i rozprostowuję ręce, daje się porwać pięknu chwili. Nie myślę już o tym, że lada moment spalę się wpadając w nieznaną atmosferę, tylko o tym, że jest tu niewyobrażalnie pięknie i przyjemnie. Kiedy jestem około czterdziestu metrów nad powierzchnią wody, na moją twarz zaczynają padać kropelki wody, co wyrywa mnie z błogiego transu. Szybko wyprostowuję ręce nad głową i wpadam do wody niczym strzała wypuszczona z rąk łucznika. Uderzam w taflę wody z głuchym pluskiem.
  Otwieram oczy, chcę wynurzyć się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza, ale dostrzegam, że wcale nie jest mi ono potrzebne. Mrużę na chwilę oczy i rozglądam się dookoła. Zauważam rafę koralową, piękną i mieniącą się barwami tęczy, a także ogrom ryb. Nagle jakiś niezrozumiały impuls każe mi się odwrócić. Dostrzegam szybko zbliżającego się mężczyznę, o ciemnych włosach i oczach, muskularnie zbudowanego i bardzo przystojnego. Wtem zamiast swoich nóg dostrzegam rybią płetwę, pokrytą łuskami, całą w lazurowym kolorze. Mężczyzna znajduje się już tylko kilka metrów ode mnie, kiedy zamiast jego dolnych kończyn również zauważam płetwę. Na ułamek sekundy zamykam oczy, kiedy zbliżająca się postać chwyta mnie w mocny uścisk i porywa ze sobą na dno.

sobota, 3 maja 2014

Rozdział 2, strona 12

  Ochronić las? Przecież nie czuł się tak dobrze od wieków. W jego ostępach nie ma żadnej skazy, nawet tej najmniejszej. Od czasów Przedtem, czyli ziemskiej wojny Bogów i Demonów, las po Odrodzeniu nie doznał żadnej katastrofy. Zwiększono bowiem czujność, a także ochronę lasu. Od czasu, gdy Duch się urodził, las nie miał lepszej opieki. Gorączkowo myślę nad tym, co powiedział Wilk, ponownie przetwarzając każde jego słowo. Dochodzę do wniosku, że trzeba przerwać niezręczną ciszę, odpowiadając na pytanie.
- Cóż, Wasza Miłość. Nie chcę być tu nie miła, ale czy las nie ma odpowiedniej ochrony? - pytam, nieco unosząc brwi i przygryzając wargę. Wilk zdaje się - chwilę namyślać, po czym odpowiada dystyngowanie.
A war of no winners- the contr by m1923- Z całym szacunkiem panno Blushberrie, ale czy zielonowłosy młodzieniec nie jest wystarczającym dowodem na to, że mój las stał się siedzibą rabusiów, uciekinierów i złoczyńców? - pyta spokojnie, niczym dumny paw, unosząc głowę z nadmiernym spokojem słowa. Stoję zmieszana, nie śmiąc przemówić. Wzdycham ze smutkiem i zrezygnowana, kiwam głową zgadzając się w zupełności z tym, co powiedział Duch. - Tak myślałem. Jednak droga Light, to jest najmniejszy z moich kłopotów. - oświadcza nagle, i ze smutnym wzrokiem odwraca głowę wpatrując się czule w las, niczym matka w swe potomstwo. Otwieram szerzej oczy, i z niedowierzaniem spoglądam na Wilka. Mogę mieć już tylko cichą nadzieję, że moje przypuszczenia się nie spełnią. - Wiedz bowiem, - mówi, odwracając ku mnie głowę - że nadchodzi coś znacznie gorszego. Ludzie i Elfy szykują się do wojny. Tak - zginą miliony, a jeszcze więcej zostanie rannych. Ludzie nie mają najmniejszych szans z technologią Elfów, z ich bronią, która jednym tchnieniem może obrócić las w proch i pył, nie mówiąc nawet, jakie szkody wyrządzi Systemowi. Tonard jest ślepym głupcem, zaślepionym idiotą wpatrzonym tylko w swe mocarstwo. - mówi wyraźnie głośniej i donośniej. - Ludzie będą walczyli jak lwy, wiedz bowiem - że nie znają pokory. Przedtem, w porównaniu z tym, co teraz nadejdzie, to zaledwie burza w szklance wody. - oświadcza, groźnie marszcząc brwi w błogiej zadumie.
  Co mam Mu odpowiedzieć? Jestem w totalnym szoku. Wiedziałam, że Ludzie to z natury spokojne stworzenia, ale ich ambicje szybko wzrastają, co może być przyczyną rozpętania wojny. Ludzie i Elfy - dwa największe mocarstwa w Systemie. Jeśli Duch ma rację... nie pozostała nam żadna nadzieja.
- Panie, to straszne... - szepczę w zadumie - Musimy jakoś zapobiec wojnie, to oczywiste. Chyba jednak nie do końca rozumiem, dlaczego las odgrywa tutaj tak ważną rolę - oznajmiam. Wilk wyciąga pazur i ryje coś w ziemi. Zaznacza wielki obszar lasu ( oczywiście zmniejszony na potrzeby planu ), a także wrogie mocarstwa. Po bokach lasu, bazgrze Góry Mgliste. Dalej nic z tego nie rozumiem.
- Spójrz, o, tutaj - mówi, stawiając pazur na mocarstwie Ludzi. - To pewne, że Ludzie zaatakują jako pierwsi, bo pycha nie pozwoli inaczej. Tonard będzie zmuszony poprowadzić swe oddziały przez las, bo przez Góry Mgliste, wyprawa trwałaby dwukrotnie tyle co przez las, a także osłabiłaby wojowników. Będą zmuszeni wyciąć sobie drogę, bo dla tak wielu żołnierzy, pozostawione drzewa mogłyby stanowić zagrożenie. Odrodzenie nie nastąpi po raz drugi, Light. Jeśli zniszczą to, co udało się stworzyć mnie i Walkiriom, zniszczą cały System.