wtorek, 10 lutego 2015

Opowieść Martyyyny

Spacerowałem spokojnie po padoku. Dzień jak co dzień. Nic nadzwyczajnego się nie działo. Nagle gdzieś zza stodoły ujrzałem piękny, jędrny zad klaczy. Sierść na nim idealnie lśniła w świetle słońca. Zapatrzony ledwo ruszyłem kopyta z ziemi ciągle wpatrując się w zad pięknego konia, bo czułem jakby były w niej zakorzenione. Zanim pokonałem te 20 metrów zdążyłem potknąć się o dziesiątki przedmiotów. Wpadłem nawet w ogromny zielony słup. Gdy byłem już dosłownie koło klaczy całe ciało zaczęło mi drżeć. Kolana miałem jak z waty. Uginały się pode mną z wielką łatwością. Wskoczyłem na klacz chcąc odbyć stosunek. Wprowadziłem mojego członka wprost w jej narządy rozrodcze. Tylko było jakoś ciężko dojść dalej. Zaprzestałem i sprawdziłem co może być nie tak. Okazało się, że to w ogóle nie była klacz! Spod brzucha zwisał ogromy członek. Koń obrócił się. Rzucił się, a ja bez najmniejszego rozmyślania popędziłem do mojego boksu.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 3, strona 17

  Wiem, co się stanie, ale nie oponuję. Nasze usta są złączone już dosyć długo, a chłopak nareszcie odrywa je na chwilę, żeby wziąć oddech. Korzystając z okazji, ja również postanawiam zaczerpnąć nieco powietrza. Violin wygląda na naprawdę napalonego. Jego oczy lśnią od ekscytacji, zresztą moje również. Przez chwilę dyszymy ciężko patrząc sobie w oczy. Po upływie kilkunastu sekund, w oczach chłopaka dostrzegam ten sam przebłysk, tą samą iskrę jak tą, którą ujrzałam gdy mnie porwał i rzucił na rafę. 
  Ale teraz nie rzuci mnie o rafę. 
  Teraz zrobi coś innego.
  Wiem co.
  Moje podejrzenia są oczywiście słuszne. Zrobiłby to albo on - albo ja. Podpływamy do brzegu, który znajduje się zaledwie dwadzieścia, może dwadzieścia pięć metrów od skał.
  Kiedy jesteśmy już na plaży, chłopak wypuszcza mnie z uścisku, po czym delikatnie kładzie na ziemi. Leżę na plecach, w ogóle nie przejmując się brakiem ubrań. To się stanie tu i teraz. Serce dosłownie wyrywa mi się z piersi, gdy chłopak pochyla się nade mną i zmysłowo całuje w usta. Nasze ciała stykają się ze sobą, ocierają o siebie. Czuję na brzuchu delikatne gilgotanie, uśmiecham się do chłopaka, który odwzajemnia mój uśmiech i zaczyna pokrywać szybkimi pocałunkami moją szyję, policzki i obojczyk. Moje ręce obejmują jego plecy, przybliżając je do mojej klatki piersiowej. Chłopak jest ciepły, wręcz niesamowicie rozgrzany. Czuję, że jestem w kompletnej ekstazie. 
- Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? - słyszę jego pytanie. Otwieram oczy i widzę jego piękną twarz; wyraźne kości policzkowe, piękne oczy i mokre włosy. Nie muszę długo zastanawiać się nad odpowiedzią.
- Tak, proszę. Chcę tego bardzo... - mówię, rozmazanym głosem. Violin wraca do serii pocałunków, a po chwili czuję dziwny ucisk; rozszerzenie się samej siebie. Wydaję stłumiony jęk. Jestem pewna, że krwawię.
- Czy mam przestać? - pyta czule. Czy ma przestać? Nie wiem. Odczuwam ból, ale to ten rodzaj bólu, którego nie chcę się pozbyć. Przewracam się na bok, twarzą do chłopaka i zmysłowo całuje go w usta, jednocześnie przeczesując mu włosy. Violin odwzajemnia pocałunek, i czule przysuwa do siebie. Przytulamy się obejmując jednocześnie. Zamykam oczy, a jednocześnie dostęp do mnie czasu. Wiszę w próżni, między rzeczywistością a chwilą, w której chcę pozostać.

Rozdział 2, strona 16

  Gdy jedna z moich gorzkich łez rozpływa się wraz z wodą na ciele Violina, miejsce, na którym spoczęła zaczyna świecić. Szybko otwieram oczy, i zauważam niezwykłe zjawisko. Przywołuję myślami przemianę Jaskra, i domyślam się, że tak mała dawka mojego "łzawego serum" nie pomoże. Bez zastanowienia chwytam rannego i wyczerpanego chłopaka, który wydaje z siebie stłumiony jęk, i pędzę jak najszybciej w kierunku gładkiej tafli wody, żeby wynurzyć się na powierzchnię. Kiedy wreszcie zaczerpuję tak bardzo spragnionego powietrza, kładę Violina na skałach, i zauważam, że z jego ciałem dzieje się coś dziwnego. Rybi ogon zanika, zupełnie rozpływając się niczym rozlana na czymś ciecz. Tym samym, chłopak staje się zupełnie nagi, a ja, speszona tym widokiem nieco się cofam, chcąc zasłonić oczy. Kiedy przez krótki moment zastanawiam się, co robić, podejmuję szybką decyzję: przecież nie mogę go tak zostawić. Już mam do niego podpłynąć, kiedy zauważam, że również moja płetwa zniknęła. Nie zastanawiając się nad scenerią, klękam na skale obok chłopaka, z którego głębokich ran wydobywa się lepka, czerwona ciecz, i zaczynam rzewnie płakać nad jego i własnym losem. Kiedy tylko kilka moich łez skrapla jego klatkę piersiową, miejsce, w którym kapnęła łza zaczyna się topić, wygląda to tak, jakby kropla nie kapnęła na coś, o stałym stanie, a jedynie zanurzyła się w tafli wody. Jak pod wpływem gorącego, roztopionego żelaza, wchłania się do jego ciała. Po chwili napiętego oczekiwania, twarz Violina zaczyna markotnieć, usta się otwierają i wydają bolesne, ale stłumione jęknięcie. W przerażeniu i uldze, jedna z moich łez, pozostała jeszcze na policzku, spada na krocze chłopaka, a ten wydaje z siebie dramatyczny krzyk, jakby wąż boa obdzierał go żywcem ze skóry i polewał ciało lawą.
  Przestraszona, nie wiedząc jak zareagować, cała czerwona wsuwam rękę do wody, nabierając jej nieco w dłonie, po czym brutalnie wypuszczam ją z rąk wprost nad jego krocze. Ten z wyraźną ulgą rozluźnia mięśnie i zaczyna się mi przyglądać. Ponieważ nie mam już płetwy, chłopak postrzega mnie zapewne nie jako Light, a jakąś niezrozumiała istotę.
- K-kim jesteś? - pyta, cały roztrzęsiony.
- To ja, Light - mówię, ze łzami w oczach, po czym opowiadam mu wszystko, co się stało. Od porwania mnie i leżenia na gąbczastym, żółtym dnie rafy koralowej - aż po walkę z wężem i przywołanie znamienia do obrony. Kiedy chłopak wysłuchał już wszystkiego, równie wzruszony jak ja z trudem wstaje i otwiera przede mną swoje ramiona. Bez zastanowienia rzucam się w nie, a te obejmują mnie i mocno przytulają do rozgrzanego ciała chłopaka. Przez chwilę się przytulamy, kiedy czuję coś niesamowitego. Otwieram oczy, i widzę, że Violin zmysłowo przysuwa swoją twarz do mojej. Nie opieram się, tylko odwzajemniam jego ruch. I wtedy nasze usta się spotykają. Czuję na wargach zmysłowe ciepło jego ust. Każdy szczegół. Każdy dotyk. Każdy gest. Nie wytrzymuję. Obejmuję dłońmi twarz chłopaka i przeczesuje nimi jego mokre włosy. Ten obejmuje mnie w pasie i przysuwa do siebie tak blisko, że wydaje mi się to wręcz niedelikatne. Nagle czuję w ustach coś dziwnego. Obcego. Nie swojego. Czuję język chłopaka od środka, na moim policzku. Zaskakuje mnie, jak bardzo jest to przyjemne. Odwzajemniam jego ruch. Ponieważ oboje nie mamy już płetw i jesteśmy nadzy, czuje się nieswojo, ale zarazem cudownie, i jestem w pełni świadoma ruchu, który zaraz nastąpi.

niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 2, strona 15

  Marszczę brwi i odsuwam jego rękę, dając Violinowi do zrozumienia, że nie chcę, żeby mnie dotykał. Mężczyzna chyba jednak nie do końca zrozumiał co chcę przez to powiedzieć, bo tylko bliżej się do mnie przysunął i objął mnie w biodrze. Nieco rozdrażniona, energicznym ruchem zrzucam z siebie jego rękę, a ten, zdaje się nie reagować, bo po raz kolejny się do mnie przymierza.
- Hej, przestań! - mówię rozdrażniona - Przecież się nawet dobrze nie znamy! - fukam. Chłopak zdaje się chwilę namyślać, po czym daje krótką odpowiedź.
- Cóż, z całą stanowczością nie znamy się zbyt dobrze jak to ujęłaś. Przecież nawet nie podałaś mi swojego imienia - oświadcza. Peszę się, jetem cała czerwona, co za wstyd! Violin ma rację, przecież nie podałam mu nawet swojego imienia... Dziwne, jakoś dotąd mi się to nie zdarzyło. Wracam myślami do chwili, kiedy rozmawialiśmy i przywołuję do siebie każde nasze słowo. Po dogłębnej analizie zauważam jedną nieprawidłowość.
- Zaraz, przecież powiedziałam ci jak się nazywam. Jestem tego pewna, mówiłam ci! - unoszę się, układając w głowie każdy szczegół. O nie... To się stało wtedy, gdy spałam... To nie Violin! Zaraz, jeśli to nie Violin, to... kto?!  Rozmyślam gorączkowo, starając się nie dać po sobie nic poznać. - A mógłbyś mi przypomnieć, jak ty masz na imię? - pytam nachalnie, kiedy nie spuszczając wzroku z chłopaka, podnoszę z dna ostro zakończoną muszlę w celu obrony. Chłopak sprawia wrażenie, jakby się zastanawiał, a po chwili udziela odpowiedzi.
- Jak już powiedziałem, jestem... - tu jakby się wahał - ...Adrian! Och, oczywiście, że Adrian. Czy coś nie tak? - pyta, wymownie podnosząc brew. Nagle w jego oku zauważam przebłysk, jakąś niezrozumiałą iskrę. Bez zastanowienia rzucam się na chłopaka poważnie raniąc mu gardło. Nagle dzieje się coś niewyobrażalnego - domniemany Violin, dosłownie zdziera z siebie skórę, spod której wypełza wąż. Zbliża się do mnie, wyginając ciało niczym bambus. W przerażeniu porzucam muszlę i płynę co sił w płetwie. Ze zmęczenia zaczyna brakować mi oddechu, jestem wykończona, a wąż dalej mnie śledzi. Kiedy już nie daję rady płynąć dalej, zatrzymuję się naprzeciw węża, dumnie unosząc głowę.
- Czy nie wiesz może co się stało z twoim przyjacielem? - pyta, tym samym zawracając ogon do siebie, ogon, w którego śmiertelnym uścisku tkwi prawdziwy Violin. Chłopak jest nieprzytomny, cały poraniony, z płetwą głęboko zranioną w pasie. Do oczu napływają mi łzy. Na widok cierpiącego Violina przypomina mi się Jaskier i... Moje znamię! W mgnieniu oka wystawiam w przód prawą dłoń z groźnym wyrazem twarzy. Przerażony wąż otwiera szeroko oczy, po czym ślepo gapi się w moją rękę. Natychmiast puszcza on chłopaka z uścisku, a ten powoli spływa na dno. Podpływam do Violina, który tonie we własnej krwi, pochylając się nad nim czule przysuwam twarz do jego policzka, po czym skraplam je moimi łzami.

Rozdział 2, strona 14

  Próbuję się wyrywać, zaczynam drapać paznokciami mocne przedramię mojego oprawcy, a kiedy i to zdaje się na nic, macham moją płetwą z całych sił, stawiając opór wody, przez co wyraźnie zwalniamy. Kiedy podnoszę dłonie mocno wciskając je w twarz mężczyzny, zauważam, że jestem naga. Nie mam stanika, przez co jeszcze mocniej próbuję się wyswobodzić. Kiedy żadna z moich metod nie skutkuje zaczynam błagać go o litość, żeby mnie wypuścił, po czym wybucham płaczem, zasłaniając górne partie ciała. Kiedy przerażona i zrezygnowana, nie mam już siły walczyć, czuję, że uścisk słabnie. Już mam się wyrwać, kiedy mocne ramię rzuca mnie na miękkie rośliny i przytrzymuje mi głowę, wciskając ją między muszle i koralowce. 
http://fc07.deviantart.net/fs70/i/2010/296/2/8/sleeping_mermaid_by_nig3l-d2i3mwp.jpg- Kim jesteś? Proszę, nie rób mi krzywdy - lamentuję, ciągle wtulona w dno. - Zrobię co zechcesz, tylko mnie nie krzywdź... - mówię, wyraźnie przestraszona. Długi czas mija, zanim słyszę odpowiedź.
- Jestem Violin, - oznajmia, nieco osłabiając uścisk - książę Toni Wodnej. Kim ty jesteś i co robisz na naszych ziemiach? - pyta groźnie. Przestraszona, i otumaniona wyznaję prawdę. Opowiadam mu całą moją historię, co stanie się z lasem i co czeka Ludzi. On słucha mnie uważnie, a kiedy kończę swoją opowieść zupełnie mnie wyswobadza. - Więc to tak... - mówi w zadumie - Spokojnie, nie skrzywdzę cię. Wybacz mi proszę moje zachowanie, ale to tylko środki ostrożności. Nasz świat nie jest specjalnie popularny, a my nie chcemy zbytniego rozgłosu. Zwłaszcza, że jak możesz się domyślić, nie często miewamy gości - oświadcza spokojnie, podając mi dłoń, by pomóc mi się podnieść. Kiedy już siedzę oparta o rafę, zginam płetwę i zasłaniam nią moje piersi, o których zupełnie zapomniałam. - Spokojnie, nie jestem taki - oświadcza ze śmiechem, kiedy się zakrywam. Na widok jego szczerego uśmiechu także moje kąciki ust nieco się podnoszą. Kiedy zaczynamy szczerą rozmowę, wspólnie śmiejemy się i żartujemy, zupełnie tracę rachubę czasu. Kiedy oznajmiam, że jestem już nieco zmęczona, Violin pokazuje mi przytulne miejsce na gąbczastym kawałku rafy, na którym kładzie się obok mnie, również starając się odpocząć. Mimo, że mężczyzna myśli, że już zasnęłam, w cale tak nie jest. Ja tylko leżę i patrzę na białe, iskrzące się kropki, które mimo, że są tak daleko, przenikają przez taflę wody. Nagle czuję na sobie czyjś dotyk. Przestraszona i wyrwana z błogiej zadumy, energicznym ruchem odwracam się na drugi bok. Zauważam tylko Violina, który patrzy się na mnie swym czułym wzrokiem i zmysłowo gładzi po brzuchu.

Rozdział 2, strona 13

  Jak to możliwe? Przecież las, to jedyne miejsce w Systemie, gdzie ciągle rosną rośliny. W żadnym z mocarstw nie ma już nawet źdźbła trawy. Cóż - nigdzie, oprócz mojego miasta. Tam, przestępczość ogranicza się do zrywania roślin przesiąkniętych chlorofilem. 
http://fc06.deviantart.net/fs71/i/2010/091/c/3/Mass_Effect_2_Galaxy_by_BlackSheep64.png  Ciągle jeszcze staram się zrozumieć słowa, które wypowiedział Wilk. W mojej głowie zaczynają migrować myśli, jedna po drugiej. Nagle czuję, jak te dosłownie rozszarpują mi głowę. Tracę przytomność - a przynajmniej tak mi się zdaje. Padam na ziemię pod łapy Ducha, ale ciągle jestem świadoma. Jak przez mgłę widzę zbliżającą się Akarę, która w przerażeniu zostawia za sobą skórę z jaguara i w obdartej bieliźnie kuśtyka w moją stronę. Kiedy jest już przy mnie, zdaje się - odchodzić przez tunel, idzie tyłem wystawiając mi dłoń, jakby chciała pociągnąć mnie za sobą. Wstaję, trochę jeszcze otumaniona, i przytrzymując ramię jak po doznaniu obrażeń ruszam w jej stronę. Wtedy światłość zupełnie zanika, widzę nieskończoną ciemność, okrytą płaszczem milionów białych, iskrzących się kropek. Dostrzegam w oddali piękne niebo przesiąknięte gamą barw, od krwistej czerwieni przeobrażającej się w pomarańcz i żółć - po wszystkie odcienie granatu. Jestem w kosmosie. 
  Nie wiem jak się tu znalazłam, wiem, że szłam za Akarą, przecież jej ufam. Teraz znajduje się w nieskończonej toni ciał niebieskich. W oddali dostrzegam Słońce, i kilka większych, kolorowych piłek, swobodnie obracającymi się wokół własnej osi. Nagle, ta dziwna siła, która zmuszała mnie do lotu zupełnie zanika, a ja spadam w wielką przepaść, z której nie ma powrotu. Lecę, coraz niżej i niżej, czuję, jak z moich gęstych, kasztanowych włosów zsunęła się gumka, a te rozpływają się na wszystkie strony. Wtem dostrzegam, że zbliżam się na dziwaczną piłkę, całą w lazurowym odcieniu fal wody. Zamykam oczy i rozprostowuję ręce, daje się porwać pięknu chwili. Nie myślę już o tym, że lada moment spalę się wpadając w nieznaną atmosferę, tylko o tym, że jest tu niewyobrażalnie pięknie i przyjemnie. Kiedy jestem około czterdziestu metrów nad powierzchnią wody, na moją twarz zaczynają padać kropelki wody, co wyrywa mnie z błogiego transu. Szybko wyprostowuję ręce nad głową i wpadam do wody niczym strzała wypuszczona z rąk łucznika. Uderzam w taflę wody z głuchym pluskiem.
  Otwieram oczy, chcę wynurzyć się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza, ale dostrzegam, że wcale nie jest mi ono potrzebne. Mrużę na chwilę oczy i rozglądam się dookoła. Zauważam rafę koralową, piękną i mieniącą się barwami tęczy, a także ogrom ryb. Nagle jakiś niezrozumiały impuls każe mi się odwrócić. Dostrzegam szybko zbliżającego się mężczyznę, o ciemnych włosach i oczach, muskularnie zbudowanego i bardzo przystojnego. Wtem zamiast swoich nóg dostrzegam rybią płetwę, pokrytą łuskami, całą w lazurowym kolorze. Mężczyzna znajduje się już tylko kilka metrów ode mnie, kiedy zamiast jego dolnych kończyn również zauważam płetwę. Na ułamek sekundy zamykam oczy, kiedy zbliżająca się postać chwyta mnie w mocny uścisk i porywa ze sobą na dno.

sobota, 3 maja 2014

Rozdział 2, strona 12

  Ochronić las? Przecież nie czuł się tak dobrze od wieków. W jego ostępach nie ma żadnej skazy, nawet tej najmniejszej. Od czasów Przedtem, czyli ziemskiej wojny Bogów i Demonów, las po Odrodzeniu nie doznał żadnej katastrofy. Zwiększono bowiem czujność, a także ochronę lasu. Od czasu, gdy Duch się urodził, las nie miał lepszej opieki. Gorączkowo myślę nad tym, co powiedział Wilk, ponownie przetwarzając każde jego słowo. Dochodzę do wniosku, że trzeba przerwać niezręczną ciszę, odpowiadając na pytanie.
- Cóż, Wasza Miłość. Nie chcę być tu nie miła, ale czy las nie ma odpowiedniej ochrony? - pytam, nieco unosząc brwi i przygryzając wargę. Wilk zdaje się - chwilę namyślać, po czym odpowiada dystyngowanie.
A war of no winners- the contr by m1923- Z całym szacunkiem panno Blushberrie, ale czy zielonowłosy młodzieniec nie jest wystarczającym dowodem na to, że mój las stał się siedzibą rabusiów, uciekinierów i złoczyńców? - pyta spokojnie, niczym dumny paw, unosząc głowę z nadmiernym spokojem słowa. Stoję zmieszana, nie śmiąc przemówić. Wzdycham ze smutkiem i zrezygnowana, kiwam głową zgadzając się w zupełności z tym, co powiedział Duch. - Tak myślałem. Jednak droga Light, to jest najmniejszy z moich kłopotów. - oświadcza nagle, i ze smutnym wzrokiem odwraca głowę wpatrując się czule w las, niczym matka w swe potomstwo. Otwieram szerzej oczy, i z niedowierzaniem spoglądam na Wilka. Mogę mieć już tylko cichą nadzieję, że moje przypuszczenia się nie spełnią. - Wiedz bowiem, - mówi, odwracając ku mnie głowę - że nadchodzi coś znacznie gorszego. Ludzie i Elfy szykują się do wojny. Tak - zginą miliony, a jeszcze więcej zostanie rannych. Ludzie nie mają najmniejszych szans z technologią Elfów, z ich bronią, która jednym tchnieniem może obrócić las w proch i pył, nie mówiąc nawet, jakie szkody wyrządzi Systemowi. Tonard jest ślepym głupcem, zaślepionym idiotą wpatrzonym tylko w swe mocarstwo. - mówi wyraźnie głośniej i donośniej. - Ludzie będą walczyli jak lwy, wiedz bowiem - że nie znają pokory. Przedtem, w porównaniu z tym, co teraz nadejdzie, to zaledwie burza w szklance wody. - oświadcza, groźnie marszcząc brwi w błogiej zadumie.
  Co mam Mu odpowiedzieć? Jestem w totalnym szoku. Wiedziałam, że Ludzie to z natury spokojne stworzenia, ale ich ambicje szybko wzrastają, co może być przyczyną rozpętania wojny. Ludzie i Elfy - dwa największe mocarstwa w Systemie. Jeśli Duch ma rację... nie pozostała nam żadna nadzieja.
- Panie, to straszne... - szepczę w zadumie - Musimy jakoś zapobiec wojnie, to oczywiste. Chyba jednak nie do końca rozumiem, dlaczego las odgrywa tutaj tak ważną rolę - oznajmiam. Wilk wyciąga pazur i ryje coś w ziemi. Zaznacza wielki obszar lasu ( oczywiście zmniejszony na potrzeby planu ), a także wrogie mocarstwa. Po bokach lasu, bazgrze Góry Mgliste. Dalej nic z tego nie rozumiem.
- Spójrz, o, tutaj - mówi, stawiając pazur na mocarstwie Ludzi. - To pewne, że Ludzie zaatakują jako pierwsi, bo pycha nie pozwoli inaczej. Tonard będzie zmuszony poprowadzić swe oddziały przez las, bo przez Góry Mgliste, wyprawa trwałaby dwukrotnie tyle co przez las, a także osłabiłaby wojowników. Będą zmuszeni wyciąć sobie drogę, bo dla tak wielu żołnierzy, pozostawione drzewa mogłyby stanowić zagrożenie. Odrodzenie nie nastąpi po raz drugi, Light. Jeśli zniszczą to, co udało się stworzyć mnie i Walkiriom, zniszczą cały System.

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 2, strona 11

  Patrzę głęboko w las. Wpatruję się w coś, co rządzi Życiem i Śmiercią, Lasem i Wielką Wodą. W coś, co za jednym ruchem może odebrać mi wszystko. Wpatruję się w Ducha Lasu. 
  Duch powoli zaczyna się do nas zbliżać, a ja z każdym jego dumnym krokiem czuję jeszcze większy respekt. Od Ducha dzieli nas już tylko polana, około stu dwudziestu metrów. Duch dumnie kroczy, a w miejscu, gdzie postawi łapę, wyrastają pod nią nowe rośliny. Duch ma biały pysk wilka, jego ciało ma co prawda określony kształt, jednakże jest całe złożone z leśnej flory. Pokrywa je ogrom liści, gałązek i małych kwiatów. Nie dostrzegam blizn. Kontury ciała Ducha lekko świecą. Jest już zaledwie kilka metrów od nas, więc już mam ścisnąć łydkami Jaskra, żeby się ukłonił, ale wilk sam wie, co ma zrobić. Jaskier chyli głowę ku dole, a ja wyciągam dłoń w bok, po czym również zniżam głowę. Duch stoi przed nami. Teraz, dokładniej widzę szczegóły. Rozmiarami dorównuje Jaskrowi, jego ciało nie jest pokryte trawą, gałązkami i liśćmi, ale jest z nich zrobione. Wszyscy tkwimy w bezruchu, kiedy decyduję się unieść głowę. Wraz z Duchem patrzymy sobie głęboko w oczy, kiedy ten przerywa niezręczne milczenie, przemawiając ludzkim głosem. 
- Czy szukasz odpowiedzi, której nie możesz pojąć? - zwraca się do mnie, podnosząc nieco brwi ku górze, jednak ciągle niewiarygodnie spokojnie.
- Tak, Wasza miłość - oświadczam, po czym zeskakuję ze zmiecha i podchodzę bliżej Ducha Lasu. Ten uśmiecha się, a ja odpowiadam tym samym. Dziwne, myślałam, że zapomniałam, jak to jest się uśmiechać. - Chodzi o to - mówię, pokazując mu znamię. Ten przez chwilę się mu przygląda, po czym groźnie marszczy brwi. 
- Czy mogę porozmawiać z Light na osobności? - pyta, zwracając się ( o dziwo ) do mojego wilka, a nie przyjaciół. Jaskier wpatruje się w oczy Ducha. - To dobrze, dziękuję - odpowiada, po czym nieco oddala się od moich przyjaciół. - Dobrze, Light. Powiedz mi, czy masz to znamię od urodzenia, czy nabyłaś je w jakichś niezwykłych okolicznościach? - pyta. - Przybyłem, gdyż widziałem dziwne zjawisko na niebie i kulę światłości. Light, czy chcesz poznać swoje przeznaczenie?- pyta, tym razem wymownie podnosząc brwi. 
- Tak, panie. Na to czekam w zasadzie całe życie. 
- Dobrze. Czy wiesz cokolwiek, o znaczeniu twojego znamienia, a także o towarzyszących mu mocach?
- Nie wiele. Wiadomo mi,  że jestem ostatnią z Walkirii. Zmierzałam do pałacu Avendell, by tam dowiedzieć się więcej od Elfów. - wyjaśniam. 
- Rozumiem. - mówi, po czym jakby waha się, czy powiedzieć coś, co zalega mu na języku. - Light, proszę, pomóż mi ochronić las - wyznaje niespodziewanie.

czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział 2, strona 10

The spirit of the forest by FlashW
  Energicznym ruchem wypuszczam z rąk dłoń nieznajomego, po czym wstaję i gorączkowo zaczynam rozmyślać. Czy miał to znamię od urodzenia, tak jak ja? To mogłoby oznaczać, że nie jestem skazana na niewiadomą i wieczną samotność. Ale co jednak, jeśli znamię pojawiło się dopiero po jego odratowaniu? Podchodzę do niego, klękam, po czym chwytam jego dłoń i nerwowo pokazuję mu niewyraźną plamę.
- To - wskazuję palcem na znamię. - Miałeś to wcześniej? - pytam gorączkowo. Chłopak przybliża dłoń do twarzy i uważnie zaczyna przyglądać się plamie. Potrząsam jego płaszczem i chwytam za kołnierz. - Miałeś?
- Nie wiem - lamentuje. - Naprawdę nie wiem... Proszę nie zabijaj mnie! - mówi, po czym zaczyna mi się kłaniać. Mam tego dosyć. Wołam Jaskra, który w mgnieniu oka jest już przy mnie. Wilk zaczyna warczeć, pokazując swoje długie, ostre białe kły. Chłopak jest przerażony. Zaczynam gładzić wilka po głowie, po czym wsuwam rękę między jego szczęki i gilgam w dziąsła. Ten rozdziawia paszczę, a kły lśnią w słońcu.
- Widzisz? - pytam chłopaka wskazując jednocześnie na zęby zmiecha. - Tak ci zapłacę, jeżeli natychmiast nie wstaniesz i wytłumaczysz mi zaistniałej sytuacji. Na twoje nieszczęście Jaskier nic ni jadł, i jest potwornie głodny, a ja nie zamierzam pozbawiać go posiłku. Co chciałeś zrobić Akarze? - pytam, groźnie marszcząc brwi i wyjmując dłoń z pyska Jaskra. Chłopak czym prędzej się podnosi, po czym zaczyna gorączkowo się bronić.
- Wybaczcie mi proszę... Uciekłem z mojego miasta, bo ludzie są tam głodzeni i traktowani niegodnie, zamierzałem szukać pomocy w samej stolicy. Mógłbym służyć królowi, dostać odzienie i ciepłe łoże. Wędrowałem bardzo długo, i zaczęły kończyć mi się zapasy żywności. Wtedy natrafiłem na was. Chciałem was okraść z broni i pożywienia, ale kiedy ty dosiadłaś zmieszańca, postanowiłem uciec, z obawy przed Walkirią. Wtedy nadarzyła się okazja, bo ty uciekałaś przed jaguarem, a twa zwierzchniczka została sama... Wtedy ja... - zaczyna pochlipywać - wtedy ja... - nie może wykrztusić tych słów. Przestaję go męczyć. Nagle zbiera się silny wiatr, w oddali słyszę wycie wilków. Jaskier niespodziewanie staje na tylnych łapach, a ja prawie spadam. Szybko jednak chwytam się jego długiej sierści, żeby nie stracić równowagi. Jaskier nie uspokaja się, ale przynajmniej nie staje już dęba. Akara i zielonowłosy chłopak chowają się za zadem wilka, wystawiając tylko głowy. Nagle zauważam, jak odwraca się u nam cały las. I to dosłownie. Pośród gęstwiny na polanie, zauważam biały pysk wilka, staram się zauważyć ciało. W końcu je dostrzegam. Nie jest ono z futra, za to z mnóstwa liści, i roślin. To Duch Lasu.

środa, 12 lutego 2014

Rozdział 1, strona 9

blue jeans, white shirt by xXNamaste
  Czuję, że moje szczere łzy kapią na Jaskra. Jedna, druga. Nagle na chwilę się uspokajam, wpatruję się w sierść zmiecha. Widzę, jak jedna z moich łez spada na sierść, a ta na ułamek sekundy zaczyna świecić. Kiedy tak leżę i z niedowierzaniem wpatruję się w zwierzę, coś zaczyna się dziać. Zbiera się nagły wiatr, ptactwo zaczyna nad nami krążyć. Wpatruję się w to zjawisko, kiedy Jaskier zaczyna świecić. Rzucam się na niego, mocno trzymam przy sobie, kiedy czuję, że ktoś mnie od tyłu łapie.
- Zostaw mnie! Słyszysz, puszczaj! - wrzeszczę na całe gardło, aż zaczyna mnie boleć.
- Light, pozwól mu odejść. Tak trzeba... - uspokaja mnie ktoś za plecami, jednak ja nie mam zamiaru go słuchać. Wyrywam się z całych sił, gryzę i drapię dłoń mojego oprawcy, po czym wybucham płaczem. Lamentuję, nawołując Jaskra. Wilk zamienił się teraz w jedną wielką kulę światłości, która owija jego ciało i unosi się w górę. Nagle, całe niebo zaczyna ciemnieć, słońce chowa się daleko za horyzontem, a księżyc nie wschodzi. Mimo, że powinny nastać Egipskie Ciemności, jest niewiarygodnie jasno. Ciało zmiecha unosi się kilka metrów nad ziemią, kiedy w oślepiającym blasku dostrzegam moje znamię. Rozlśniewa wszystkimi odcieniami złota, rozciągając się na cały horyzont. 
  Blask schodzi na ziemię, po czym powoli zanika zostawiając ciało wilka, ale nie Jaskra. Jest ono diametralnie zmienione. Zamiast granatowej, szorstkiej sierści jest biała, długa i puszysta. To nie jest Jaskier. Wilk leży, ma zamknięte oczy. Po krótkiej chwili, powoli zaczyna podnosić się z ziemi. Dalej jest niewiarygodnie ogromny, rozmiarem przypomina Jaskra. Ma majestatyczny, długi ogon. Nagle otwiera oczy. Nie mogę w to uwierzyć... To jest Jaskier! 
  Teraz mam pewność, to jego oczy! Zaczynam wyrywać się znacznie mocniej, a kiedy nie wytrzymuję, zaciskam dłoń w pięść, po czym z całą siłą posyłam uderzenie w brzuch. Uścisk słabnie, a ja korzystając z okazji rzucam się do mojego wilka. Dopadam go wreszcie, przytulam, gładzę i płaczę jednocześnie. Na zadzie zauważam nieco obdartą sierść... To strzała posłana ku niemu, żeby go odstraszyć od zielonowłosego chłopaka. Wtulam się mocno w jego sierść, po czym odwracam wzrok ku Akarze i zielonowłosemu. Jestem tak wzruszona, że nie mogę pohamować łez cisnących mi się do oczu. Nagle cała radość znika. Widzę wijącego się w męczarniach chłopaka, który najwyraźniej próbował mnie powstrzymać. Czuję się winna za to, co się stało. Nie dość, że odcięłam mu całe przedramię, to jeszcze teraz mogłam tym mocnym uderzeniem spowodować krwotok. Szybko dobiegam do chłopaka, pochylam się nad nim, i gorliwie go przepraszam, kiedy  moja łza skapuje na odciętą rękę. Zaczyna dziać się coś niezwykłego. Podobnie jak z wilkiem, tyle że mniej "świetliście". Ręka chłopaka dosłownie zaczyna odrastać. Po niecałej minucie, wygląda tak, jakby nie było żadnej rany. Chwytam jego dłoń i zaczynam się jej uważnie przyglądać, kiedy moją uwagę zwraca dziwaczna plama... To moje znamię...